Czy kobiety naprawdę nie lubią miłych facetów

 
 

„Kobiety nie lubią miłych facetów” — to jedno z tych zdań, które regularnie wraca w internecie, szczególnie w dyskusjach o randkowaniu, relacjach i odrzuceniu. Często pojawia się w ustach mężczyzn, którzy czują frustrację, bo starali się być dobrzy, pomocni, dostępni i troskliwi, a mimo to nie zostali wybrani. Wtedy łatwo dojść do bolesnego wniosku: „Widocznie bycie dobrym się nie opłaca”.

Problem polega na tym, że to zdanie jest bardzo dużym uproszczeniem. Z psychologicznego punktu widzenia pytanie nie brzmi: „Czy kobiety lubią miłych facetów?”. Znacznie ważniejsze pytanie brzmi: „Z jakiego miejsca ta miłość, dobroć i uprzejmość wypływają?”.

Bo istnieje ogromna różnica między człowiekiem, który jest życzliwy z wyboru, a człowiekiem, który nie potrafi przestać zadowalać innych, ponieważ boi się odrzucenia.

Bycie miłym może być wyborem albo strategią przetrwania

Wyobraź sobie dwóch mężczyzn. Obaj są uprzejmi. Obaj pomagają. Obaj są dostępni, wspierający i troskliwi. Z zewnątrz mogą wyglądać bardzo podobnie. Ale psychologicznie mogą funkcjonować zupełnie inaczej.

Pierwszy pomaga, bo chce. Ma kontakt ze swoimi potrzebami, potrafi powiedzieć „tak”, ale potrafi też powiedzieć „nie”. Jego dobroć nie wynika z przymusu, tylko z wyboru. Może być ciepły i wspierający, ale nie traci przy tym siebie.

Drugi pomaga, bo boi się odmówić. W głowie może mieć przekonanie: „Jeśli powiem nie, przestaniesz mnie lubić”, „Jeśli postawię granicę, ktoś się ode mnie odsunie”, „Jeśli pokażę swoje potrzeby, zostanę odrzucony”. Wtedy bycie miłym nie jest już tylko dobrocią. Staje się sposobem na regulowanie lęku.

I to jest kluczowa różnica.

Problemem nie jest bycie miłym. Problemem jest sytuacja, w której za miłością, uprzejmością i pomocą nie stoi wolny wybór, tylko lęk przed utratą akceptacji.

Dlaczego niektórzy uczą się zasługiwać na miłość?

W terapii schematów często pracujemy z osobami, które od dzieciństwa uczyły się, że ich potrzeby są mniej ważne niż potrzeby innych. Mogły słyszeć: „Bądź grzeczny”, „Nie pyskuj”, „Nie sprawiaj problemów”, „Nie przesadzaj”, „Najpierw inni”, „Nie wypada odmówić”.

Czasem miłość, uwaga albo akceptacja pojawiały się głównie wtedy, kiedy dziecko spełniało oczekiwania dorosłych. Kiedy było spokojne, pomocne, przewidywalne, grzeczne i niewymagające. W takim środowisku dziecko może nauczyć się bardzo prostego, ale bolesnego równania: „Żeby być kochanym, muszę zadowalać innych”.

Taki schemat potrafi zostać z człowiekiem na wiele lat. W dorosłości może objawiać się tym, że ktoś automatycznie ustępuje, przeprasza, dostosowuje się, zgadza się na rzeczy, których nie chce, i próbuje odczytywać oczekiwania innych, zanim jeszcze sam sprawdzi, czego naprawdę potrzebuje.

Z zewnątrz taka osoba może wyglądać na „bardzo miłą”. W środku może jednak przeżywać ogromne napięcie, żal, lęk i poczucie, że nikt tak naprawdę jej nie widzi.

People pleasing, czyli kiedy dobroć zamienia się w rezygnację z siebie

W psychologii często mówi się o mechanizmie people pleasing, czyli nadmiernym zadowalaniu innych. Nie chodzi tu o zwykłą życzliwość ani empatię. Chodzi o sytuację, w której człowiek tak bardzo boi się konfliktu, krytyki albo odrzucenia, że zaczyna rezygnować z własnych granic.

Taka osoba może mówić: „Nie ma problemu”, chociaż w środku czuje złość. Może mówić: „Jak chcesz”, chociaż ma własne zdanie. Może zgadzać się na spotkania, zadania, seks, przysługi albo kompromisy, których wcale nie chce. Nie dlatego, że naprawdę wybiera dobroć, ale dlatego, że boi się konsekwencji odmowy.

Z czasem prowadzi to do bardzo bolesnego paradoksu. Człowiek robi wszystko, żeby być lubiany, ale jednocześnie coraz mniej czuje się sobą. Próbuje zdobyć bliskość, ale pokazuje innym głównie maskę osoby, która zawsze się zgadza, zawsze pomaga i nigdy nie robi problemu.

A jeśli druga osoba poznaje tylko tę maskę, to nie może naprawdę poznać człowieka ukrytego pod spodem.

Terapia schematów: podporządkowanie, poszukiwanie akceptacji i wadliwość

Z perspektywy terapii schematów u osób, które mają trudność z granicami i nadmiernie próbują zasługiwać na akceptację, często pojawia się kilka ważnych schematów.

Pierwszym jest schemat podporządkowania. Osoba z tym schematem może mieć poczucie, że nie wolno jej mówić „nie”, wyrażać złości, stawiać granic ani zawodzić innych. W relacjach automatycznie ustępuje, nawet jeśli później czuje żal albo frustrację.

Drugim jest schemat poszukiwania akceptacji. Wtedy poczucie własnej wartości zaczyna zależeć od tego, czy inni są zadowoleni. Człowiek próbuje być lubiany, podziwiany, potrzebny albo niezastąpiony, bo tylko wtedy czuje, że ma jakąś wartość.

Trzecim jest schemat wadliwości. To głębokie przekonanie, że „ze mną jest coś nie tak” i że jeśli ktoś pozna mnie naprawdę, to odejdzie. Taki schemat może prowadzić do ukrywania swoich potrzeb, emocji, złości, słabości i autentyczności. Człowiek pokazuje wtedy wersję siebie, która ma być możliwie najmniej kłopotliwa dla innych.

W praktyce te schematy często działają razem. Ktoś boi się, że nie zasługuje na miłość, więc szuka akceptacji. Żeby jej nie stracić, podporządkowuje się. A im bardziej się podporządkowuje, tym bardziej oddala się od siebie.

Dlaczego „bycie za miłym” nie buduje bliskości?

Relacje nie budują się wyłącznie na uprzejmości. Relacje budują się na autentyczności, wzajemności, granicach i możliwości spotkania dwóch prawdziwych osób.

Jeśli ktoś ciągle mówi: „Mi wszystko pasuje”, „Nie ma problemu”, „Jak chcesz”, „Dostosuję się”, to druga osoba może początkowo czuć się komfortowo. Ale z czasem może też zacząć brakować prawdziwego kontaktu.

Bo gdzie w tym wszystkim jest ta osoba? Co ona naprawdę myśli? Czego chce? Co lubi? Czego nie chce? Gdzie są jej granice? Co ją porusza? Co ją złości? Co jest dla niej ważne?

Autentyczna bliskość wymaga ryzyka pokazania siebie. Nie tylko swojej miłej, wygodnej i akceptowalnej wersji, ale też swoich potrzeb, różnic, niezgody i granic.

Dlatego problemem nie jest to, że ktoś jest dobry. Problemem jest to, że czasem pod pozorem dobroci znika jego osobowość.

Granice nie są przeciwieństwem dobroci

Wielu ludzi myśli, że jeśli przestaną się podporządkowywać, to staną się egoistyczni, chłodni albo niemili. To bardzo częsty błąd.

Asertywność nie jest agresją. Granice nie są atakiem. Powiedzenie „nie” nie oznacza, że nie kochasz, nie szanujesz albo nie jesteś dobrym człowiekiem.

Granice są uzupełnieniem zdrowej dobroci. Dzięki nim dobroć może pozostać wyborem, a nie obowiązkiem.

Można być jednocześnie życzliwym i stanowczym. Można być empatycznym i nie zgadzać się na wszystko. Można kochać drugą osobę i nadal mieć własne potrzeby. Można być dobrym człowiekiem i nie rezygnować z siebie.

W zdrowej relacji nie trzeba wspinać się po drabinie zasługiwania. Nie trzeba bez końca pomagać, przepraszać, ustępować i udowadniać, że jest się wystarczająco wartościowym. Zdrowa relacja nie wymaga od człowieka, żeby przestał być sobą.

Czy kobiety naprawdę wolą „bad boyów”?

To pytanie często pojawia się w internecie, ale odpowiedź jest bardziej złożona, niż sugerują popularne narracje.

Niektóre osoby rzeczywiście mogą odczuwać silne zauroczenie kimś emocjonalnie niedostępnym, nieprzewidywalnym albo trudnym do zdobycia. Taki wzorzec może wiązać się z wcześniejszymi doświadczeniami, stylem przywiązania, schematami emocjonalnymi albo tym, że intensywność jest mylona z bliskością.

Ale to nie znaczy, że ludzie w trwałych relacjach szukają okrucieństwa, chaosu czy braku szacunku. W stabilnych związkach zwykle bardzo ważne są takie cechy jak życzliwość, odpowiedzialność, zaufanie, emocjonalna stabilność, dojrzałość i zdolność do współpracy.

Dlatego stwierdzenie „kobiety nie lubią miłych facetów” jest mylące. Znacznie trafniejsze byłoby powiedzenie: sama miłość i życzliwość nie wystarczą, jeśli nie towarzyszą im poczucie własnej wartości, granice, autentyczność i sprawczość.

Dlaczego pozytywne intencje nie zawsze wystarczą?

Wielu mężczyzn mówi: „Ale ja naprawdę chciałem dobrze”. I często to prawda. Intencja może być szczera. Problem polega na tym, że relacje nie opierają się wyłącznie na intencjach, ale także na dynamice, jaką tworzymy.

Jeśli ktoś daje bardzo dużo, ale po cichu oczekuje, że w zamian zostanie wybrany, pokochany albo doceniony, może z czasem czuć narastającą frustrację. Może pojawić się żal: „Tyle dla niej zrobiłem, a ona mnie nie chce”. Wtedy dobroć zaczyna mieszać się z ukrytą transakcją.

Zdrowa relacja nie polega na tym, że jedna osoba udowadnia swoją wartość przez poświęcanie się. Bliskość nie powinna być nagrodą za perfekcyjne spełnianie cudzych oczekiwań.

Jeśli ktoś pomaga, bo naprawdę chce, to nadal pozostaje wolny. Jeśli pomaga, żeby nie zostać odrzuconym, jego dobroć zaczyna być związana z lękiem.

Jak rozpoznać, że nie jesteś po prostu miły, tylko boisz się odrzucenia?

Dobrym pytaniem nie jest: „Czy jestem miły?”. Lepsze pytanie brzmi: „Czy ja mogę przestać być miły, kiedy sytuacja tego wymaga?”.

Jeśli potrafisz komuś pomóc, ale potrafisz też odmówić, prawdopodobnie Twoja dobroć ma zdrowy fundament. Jeśli możesz być ciepły, ale możesz też powiedzieć, że coś Ci nie pasuje, jesteś w kontakcie ze sobą.

Jeśli jednak mówienie „nie” wywołuje w Tobie ogromny lęk, poczucie winy albo panikę, warto się temu przyjrzeć. Jeśli często zgadzasz się na coś, czego nie chcesz, bo boisz się konfliktu, ciszy, rozczarowania albo odrzucenia, to może oznaczać, że Twoje zachowanie jest bardziej strategią przetrwania niż wolnym wyborem.

Możesz zadać sobie bardzo proste pytanie: kiedy ostatnio powiedziałem „tak”, chociaż w środku czułem „nie”? A potem warto zapytać: czego się wtedy bałem?

Odpowiedź może powiedzieć o Tobie więcej niż kolejny poradnik o randkowaniu.

Realna praca nad sobą nie polega na staniu się „bad boyem”

Rozwiązaniem nie jest przejście z uległości w agresję. Nie chodzi o to, żeby stać się chłodnym, niedostępnym, aroganckim albo manipulacyjnym. To byłoby tylko wahadło wychylone w drugą stronę.

Zdrowa zmiana polega na przejściu w stronę asertywności. Asertywność oznacza, że potrafię być w relacji, ale nie tracę siebie. Potrafię słuchać drugiej osoby, ale słyszę też siebie. Potrafię dawać, ale nie robię tego kosztem własnej godności.

W terapii taka praca często polega na odbudowywaniu kontaktu z własnymi potrzebami, uczeniu się rozpoznawania lęku przed odrzuceniem, oswajaniu poczucia winy przy stawianiu granic i sprawdzaniu, czy katastroficzne przewidywania naprawdę się spełniają.

Dla wielu osób powiedzenie prostego „nie mogę”, „nie chcę”, „potrzebuję inaczej” albo „to mi nie pasuje” jest ogromnym krokiem. Nie dlatego, że te słowa są skomplikowane, ale dlatego, że uruchamiają stare emocjonalne przekonanie: „Jeśli będę sobą, ktoś mnie zostawi”.

Problemem nie jest bycie miłym

Jeśli z całego tego tekstu miałaby zostać jedna myśl, to właśnie ta: problemem nie jest bycie miłym. Problemem jest przekonanie, że na miłość trzeba sobie zasłużyć.

Człowiek, który zna swoją wartość, potrafi być dobry. Potrafi być ciepły, empatyczny, troskliwy i wspierający. Ale potrafi też powiedzieć „nie”. Potrafi pokazać swoje zdanie. Potrafi nie zgodzić się z drugą osobą. Potrafi być obecny bez rezygnowania z siebie.

I właśnie wtedy jego dobroć staje się czymś dojrzałym. Nie jest maską. Nie jest strategią przetrwania. Nie jest próbą kupienia akceptacji.

Jest wyborem.

A zdrowa relacja nie wymaga, żebyś udowadniał swoją wartość na każdym kroku. W zdrowej relacji możesz być dobry, ale nie musisz znikać.

Podsumowanie

Mit o tym, że „kobiety nie lubią miłych facetów”, upraszcza bardzo złożony temat. To nie dobroć odpycha ludzi. Odpychać może brak autentyczności, brak granic, ukryty lęk, podporządkowanie i próba zasługiwania na bliskość kosztem siebie.

Życzliwość jest ogromną wartością. Ale dopiero wtedy, gdy nie wynika z przymusu. Dobra relacja nie potrzebuje człowieka, który zawsze się zgadza. Potrzebuje człowieka, który potrafi być obecny, prawdziwy i odpowiedzialny za siebie.

Bo nie zakochujemy się w maskach. Zakochujemy się w autentyczności.

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej obejrzyj odcinek poniżej:

 
Next
Next

Depresja u mężczyzn, o której nikt Ci nie powiedział