W Dolinie Kobylańskiej

 
 

Jak już zapewne zauważyliście mój dziennik zaczyna przybierać powoli formę mojego pamiętnika mocno skoncentrowanego na Momo :) Ale co na to poradzę jak wszędzie ze mną chodzi, nawet do toalety. Fajnie jest mieć taką istotkę małą futrzaną, która nie odstępuje cię na krok. Mimo iż wiem, że jego posłuszeństwo w dużej mierze polega na mechanizmach nagrody i odruchach Pawlowa to i tak się cieszę, że coraz częściej mnie słucha i mogę z nim chodzić bez smyczy w praktycznie każdym miejscu gdzie nie ma ruchu drogowego.

Wybraliśmy się na niedzielny spacer do Doliny Kobylańskiej. Swoją drogą wiecie co najbardziej lubię w Krakowie? Nie smoka, nie rynek, nie Stary Kazimierz, ale to że w okolicach mam mnóstwo dolin, lasów i puszcz, i to takich naprawdę ekstra! Dolina Kobylańska przypomina z wyglądu miniaturową wersję Parku Yosemite. Tak samo jest z Będkowską i Ojcowem. Wszystko za sprawą skałek wapiennych, które wyglądają po prostu epicko. Noi mam blisko w Beskidy, Gorce i w Tatry <3

Spacer z Momo był przyjemny. Męczące jest tylko trochę to, że każdego zaczepia ze wzajemnością. Ale widocznie szczeniaki tak mają. Jak będzie duży to już nie będzie “ojej jaki słodziak” na każdym zakręcie ;]

Momo spotkał dorosłego brata bliźniaka, który jak to na prawdziwego Golden Retrievera przystało przybrał błotne barwy wojenne.

Wycieczkę zakończyliśmy w restauracji “Sen o Dolinie” jedząc przepyszne Tagiatelle z brokułami. Piesek padł jak zabity. Taki długi spacer ostro go zmęczył.