Moja podróż na Mont Blanc

 
Destination-wedding-photographer-michal-brzegowy-mont-blanc-41.jpg

25 września 2016 roku to dzień, który dużo dla mnie znaczy, bo jest to dzień kiedy stanąłem na Dachu Europy. Pierwszy raz w życiu (w ogóle) w górach byłem na Turbaczu w grudniu 2015 roku. Wyjazd w góry był decyzją totalnie spontaniczną, bo nigdy mnie nie ciągnęło do nich. Miałem ponad tydzień urlopu i nie miałem pojęcia co z nim zrobić. Pomysł by wyjechać w Gorce podsunęła mi koleżanka z pracy ( Pozdrawiam Elę :) ). Można powiedzieć, że zakochałem się od pierwszego szczytowania ;]

Uczucie zdobywania szczytu, ale przede wszystkim radość z wędrówki było dla mnie niesamowitą terapią, oczyszczeniem i podładowaniem poczucia wiary w siebie.

Po zdobyciu Dachu Polski powiedziałem sobie, że przed 30stką stanę na Dachu Europy. Przed wakacjami pojawił się szatański pomysł, by jeszcze w tym roku pojechać nad morze rowerem (co też było moim marzeniem), a po powrocie zdobyć Mont Blanc.

Udało się rowerem zdobyć polskie morze, ale po powrocie pojawiły się wątpliwości "a nieee bo trzeba pisaaaać pracęęęę magisterskąąą", "idzieeee zimaaa (Winter is coming) to trzebaaaa oszczędzić trochę, bo ogrzewanie będzie kooosztooować", "a miałem telewizor kupić, a za Mont Blanc bym sobiee kuuuupiiił".

Napisałem magistra, opłaciłem rachunki, kupiłem telewizor i wybrałem się na Mont Blanc. Wszystko jest do ogarnięcia. Spakowałem plecak, kupiłem kabanosy, żelki i po prostu pojechałem. Trzeba zaznaczyć, że sprzętowo, poza butami byłem do tej wyprawy, średnio przygotowany...ale o tym później.

Nie zanudzając dłużej moimi przemyśleniami i filozowaniem wróćmy do samej wędrówki.

Wielkie pakowania o 12 w nocy.

Spotkaliśmy się o 2 rano 21 września. Chłopaki (Aleks i Aliszer) przyjechali po mnie i po Bartka samochodem z Warszawy. Zgadaliśmy się przez fanpage podróżniczy na facebooku.
Razem z Bartkiem wpakowaliśmy się do wypasionego Lexusa Aliszera. Dopchaliśmy bagażnik tak, że palca byś już tam nie wsadził. Oczywiście chwilę po wystartowaniu pomyślałem, że zjadłbym coś, a jedzenie było na dnie plecaka gdzieś tam daaalekoo, więc zjadłem dopiero pod Stuttgartem.

Sama podróż przebiegła spokojnie i przyjemnie. Chłopaki co chwilę nawijali po rosyjsku, w rodzimym języku Aliszera, ale nie przeszkadzało nam to w ogóle. Coś tam rozumieliśmy ;)

Pierwszy większy postój był jak już wspomniałem pod Stuttgartem.
Zjedliśmy porządnym obiad (nie jestem w stanie powtórzyć nazwy, ale było dobre) kupiliśmy ruską wódkę, mini pastę do zębów dla dzieci (Bartka) i szukaliśmy czołówki dla A., ale nie znaleźliśmy. Kolejny i już ostatni większy postój był w Szwajcarii w przepięknym mieście Lausanne. Nie planowaliśmy tam się zatrzymywać, ale jak zobaczyliśmy te przepiękne OGROMNE jezioro położone u podnóża samych Alp to po prostu musieliśmy!

Siedzieliśmy jeszcze z godzinę po prostu podziwiając widoki i relaksując się.
W końcu przyszła na nas pora i musieliśmy ruszać dalej.

Do Chamonix wjechaliśmy po zachodzie słońca. Niestety Mont Blanc było zasłonięte przez gęste mleko. Szybkie zakupy (czołówka dla Ali i buty) i szukamy noclegu.

Podjechaliśmy na jedyne otwarte o tej porze roku pole namiotowe w Les Houches. Przywitała nas babunia zamknięciem szlabanu za nami. Podchodzi, ale niestety nie byliśmy w stanie się z nią w ogóle dogadać po angielsku. ani słowa po angielsku. Pozostał nam tylko odwrót i szukanie miejsca do spania lesie.

Tam po zmroku z czołówkami na głowie rozbiliśmy namioty i od razu poszliśmy spać, bo o 6 rano czekała nas pobudka i ostra wędrówka do Tete Rousse, pierwszego schroniska już powyżej granicy wiecznego śniegu, gdzie miała być nasza baza noclegowo wypadowa.

Rano pobudka, szybka kawa i śniadanie. Wpakowaliśmy się do samochodu, zaparkowaliśmy pod wyciągiem w Les Houches. Po drodze spotkaliśmy Polki, które właśnie zeszły ze szczytu i skomentowały tylko "Współczuję wam, że musicie tam wyleźć". Taa...Nie ma to jak porządna dawka motywacji już na starcie.

Na domiar złego urwałem jeszcze klipsa od pasa w plecaku, który po spięciu razem z pasem odciążał mi troche kręgosłup, więc na szybko jeszcze musiałem wstąpić do sklepu. Przy takim ciężarze, przy jakim ważył mój plecak, to każde ułatwienie było mile widziane.

Wyruszyliśmy z parkingu o 10 rano. 

Było tak okropnie gorąco, że pot lał się z nas strumieniami, a do tego plecak był mega ciężki.

Pierwszym etapem wędrówki jest przedostanie się do torów, które prowadzą do miejsca z którego jest już tylko kilka godzin do Tete. Zaczęliśmy więc wędrówkę przez pola, lasy, wsie i otwarte przestrzenie. Upał i mozolna wędrówka po "nie śniegu" w moich buciorach wynagradzały mi tylko widoki i przepiękna panorama alpejska. Pogoda była przepiękna. 

W pewnym momencie trochę zabłądziliśmy, ale w końcu w oddali zobaczyliśmy tory i znak na Mont Blanc.

Dalsza droga była już prosta i monotonna, bo prowadziła nas parę godzin wzdłuż torów.

Podczas wędrówki przy torach rozdzieliśmy się z chłopakami. Poszliśmy do przodu z Bartkiem, a Aleks z Aliszerem zostali trochę w tyle. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że jest to ostatni moment kiedy ich widzę, aż do samego zejścia ze szczytu.

Po drodze złapaliśmy głupawkę i mówiliśmy wszystkim napotkanym turystom "Dzień dobry". Jakie było moje zdziwienie jak niektórzy odpowiadali w naszym języku :)

Destination-wedding-photographer-michal-brzegowy-mont-blanc-1-2.jpg

Po skończeniu odcinka z torami zastała nas gęsta mgła, która towarzyszyła nam już do samego schroniska Tete. Szliśmy głównie po wielkich kamiorach. Weszliśmy w jakąś dolinę wszechobecnych kozic. Serio, były dosłownie wszędzie. Jak podszedłeś za blisko to furczały i...pluły na ciebie.

Nie bałem się Kuluaru Śmierci, nie bałem się spaceru po wąskiej grani na Mont Blanc, nie bałem się wspinaczki po pionowych kamiorach, ale bałem się przechodzić obok tych kozic. Toż to bestie są i to jeszcze plują na ciebie.

Dochodzimy do momentu, gdzie zaczynamy być naprawdę zmęczeni. Mijamy dziwny, stary opuszczony domek i szukamy Tete. Patrzymy w lewo, w prawo, no nigdzie nie widać. Patrzymy przed siebie a tu...dość pokaźna góra. Pytam przechodnia o drogę. Załamuję się. To na tą górę musimy dzisiaj jeszcze wejść. Wyciągamy uprzęże, raki, kask, taśmę, bo weszliśmy już w krainę lodowego Mordoru. Zaczynamy spacero/wspinaczkę do góry. Na początku przypinam się do każdego możliwego zabezpieczenia, ale po 15 minutach rezygnuje i asekuruje się po prostu trzymając się łańcucha. Plecak jest już troszkę lżejszy, ale nadal ciąży okropnie. Nie mogę się już doczekać aż rozbiję namiot przy Tete i dalszą drogę będę szedł obciążony tylko przez mapę, dodatkowe rękawice i jedzenie niezbędne do przeżycia.

Dochodzimy w końcu do Tete po 10 godzinach wędrówki od momentu wyjścia z parkingu! Jesteśmy mega zmęczeni, głodni, plecy bolą, a jutro już trzeba wstać o świcie, by przejść kuluar jak najwcześniej póki kamienie są dobrze związane przez lód. Rozbijamy po ciemku namiot i wchodzimy ogrzać się do Tete. W środku zastajemy duże problemy z zasięgiem. Kupujemy wrzątek za 4 euro, jemy coś ciepłego i wracamy do namiotu. Chcemy zaparzyć herbatę do termosu na noc, ale nie damy kolejnych 4 euro, więc postanawiamy topić śnieg. Mohiśniegoto gorzkie, bo gorzkie, ale pomaga i parzy tak samo jak woda z czajnika.

Jest już późno, więc postanawiamy iść spać.

Mój namiot półtora osobowy okazuje się "troszkę" za mały na dwóch chłopa obładowanych sprzętem po uszy. Śpimy więc skuleni w kulki. Śpiwory mamy do max +10 stopni...Resztę sam sobie wyobraź jak na polu było -15 stopni w nocy. Na początku jest ciepło, ale potem robi się okropnie zimno. Myślę "Jezu, jak zimno". Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to prawdziwe zimno, ale już wiedziałem jak bardzo popełniłem błąd ignorując kwestie związane ze sprzętem.

Budzimy się później niż planujemy. Alpiniści z czołówkami na głowach już przemierzają kuluar. Niesamowity widok.

W nocy non stop się budziłem, bo miałem nudności. Na początku myślałem, że to od tego śniegu, który jadłem ale okazało się niestety zupełnie coś innego. Nudności nad ranem nie ustały i nie ustały aż nie zszedłem całkowicie na sam dół. Tete Rousse znajduje się na wysokości powyżej 3100 m n.p.m. Choroba wysokościowa może zaatakować powyżej 2500 i zaatakowała. Nie mogłem nic jeść, musiałem potem wpychać w siebie jedzenie na siłę by nie zemdleć przy takim wysiłku fizycznym. Zacząłem zażywać (w pewnym momencie nadużywać) Diuramid (lek na chorobę wysokościową). Pomagało nieznacznie na godzinę, dwie, a potem dolegliwości wracały. Im wyżej szedłem tym gorzej było. Zaczął się ból głowy, zawroty, szum w uszach, a przy samym szczycie to myślałem, że dosłownie mi pęknie głowa.

Wracając do wyprawy. W pół godziny dochodzimy do słynnego Kuluaru "The Rolling Stones". Nazwa pochodzi od spadających kamieni, które bardzo często spadają z góry, będące podobno największym niebezpieczeństwem w wędrówce na Mont Blanc i właśnie tam statystycznie ginie najwięcej ludzi. Czytałem w internecie, że spadają tam kamienie wielkości dosłownie lodówki, a nawet mały kamyczek leci z taką prędkością, że może zrobić dziurę w czaszce. Tak więc jestem delikatnie mówiąc...spięty. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie, ponieważ idziemy o takiej porze roku, że kamienie są już porządnie zamarznięte.

Po przejściu kuluaru zaczyna się 3 godzinna wspinaczka w połowie zabezpieczona łańcuchami a w połowie nie. Porównałbym tą trasę do wspinaczki na Orlej Perci. Jest stromo, jest ładnie, jest adrenalina, a nudności nie ustają.

Dochodzimy do schroniska Gouter. Tam musimy przy wejściu zostawić wszystko, nawet plecaki, nie mówiąc o butach górskich czy rakach. Żeby Cię nie skłamać, w szatni (której nikt nie pilnował) było na oko sprzętu za pół miliona złotych. Nie żartuję. To nie było schronisko w Tatrach. Tutaj wszyscy mieli klasowej światy najlepszy górski sprzęt na świecie.

Komu w drogę temu Aviomarin (albo raczej Diuramid). Podejmujemy decyzję, że idziemy bez aklimatyzacji na szczyt, bo jest przepiękna pogoda i nie chcemy jej zmarnować. Mamy (ja mam) niesamowite parcie żeby już stanąć na szczycie. Prawda jest taka, że już byłem tam od dwóch tygodni. O niczym innym nie myślałem, tylko że już tam jestem.

Na początku zaczyna się niewinnie.

Wchodzimy na lodowiec i widzę pierwszą szczeliną przez którą musimy przejść. Już wiem, że żarty się skończyły. Aha, zapomniałem dodać, że postanowiliśmy zostawić linę (50m) w namiocie, bo mieliśmy dość dźwigania. Tak więc całą drogę na szczyt szliśmy niespięci...Kolejny błąd, który mógł nas kosztować nawet życie.

Niby nie jest jakoś mega stromo, ale okropnie żarzące słońce i choroba wysokościowa dosłownie powala mnie z nóg. Przez ostatnią godzinę do Valota (metalowego schronu 500m pod szczytem) padam co chwilę na kolana. Docieramy do Valota przed 16. Stajemy przed decyzją: atakować szczyt, schodzić do Goutera i próbować gdzieś się przespać, czy...spać w blaszanej nieogrzewanej budzie pod szczytem, bez śpiworów i kurtek puchowych. Bartek ma softshell...Nie ma mowy żeby iść teraz na szczyt. Jest już za poźno. Wracać do Goutera i na następny dzień znowu się męczyć raczej też nam się nie uśmiecha. Zostajemy w Valocie. W środku drzwi się nie domykają, więc niestety trochę zimna dostaje się do środka. Delektujemy się zachodem słońca, po czym barykadujemy się w środku jak najszczelniej się da. 

Jednogłośnie z Bartkiem stwierdzamy, że była to najgorsza noc w naszym życiu. Bartek tak się trząsł, że cały podest drżał. W środku było -20, -25 stopni. Na polu tak wiało, że jakbym wyszedł na zewnątrz to zwiało by mnie do samego Goutera. Wiatr uderzał w blachę jakby niebo waliło się na ziemię.

Nie zmrużamy nawet oka na chwilę. Całą noc rozgrzewamy kończyny i serce ogrzewaczami do rąk. Owinęliśmy folią NRC korpus i stopy. Jesteśmy całkowicie sami. 

O świcie zaczynają schodzić się Alpiniści by ogrzać się a następnie atakować szczyt. Wstajemy, robimy parę pajacyków, ubieramy raki i jazda!

Głowa zaczyna nas tak boleć, że nie potrafię tego porównać do żadnego innego bólu głowy, który miałem. Spaliśmy na wysokości ponad 4300 m n.p.m. Nasz mózg się zbuntował. Kolejnym bonusem było to, że tlenu było jak na lekarstwo, więc co 5 kroków zaczęliśmy padać na kolana opierając głowę o czekan by złapać oddech. Nie narzekamy na słabą kondycję, ale tam dostaliśmy okropnie w kość! Serce dziwnie mi łopotało, nie mogąc złapać prawidłowego rytmu.

Droga na Mont Blanc to spacer naprawdę wąską granią, gdzie trzeba było iść po linii prostej. Jak zawiało z boku to miałem obawy, że mogę spaść. Na szczęście już nie wiało tak jak w nocy.

2 tygodnie temu Mont Blanc "rozwalił się", tzn. ogromna szczelina pękła u podnóża samego szczytu. Żeby ją przejść trzeba było przeskoczyć 1.5 m szczelinę, złapać się liny i wyspindrać do góry po praktycznie pionowym lodzie. Jak to zobaczyłem, to zrobiło mi się naprawdę słabo.

Pół godziny zbieram się do tego skoku. Okazuje się, że zrobiłem to najszybciej ze wszystkich. Strach zadziałał motywująco.

15 minut łapię oddech, nie wiem czy ze stresu i emocji czy ogólnego z braku tlenu.

Zaczynam mieć myśli, że nie dam rady. Ale nie było takiej możliwości, że nie dam rady. Wiedziałem, że nie odpuszczę. To była tylko walka ze swoimi słabościami.

Na szczyt wchodzimy około 40 minut później. Masakrycznie zmęczony, ale szczęśliwy jak zwycięzca w totolotka stanąłem na Dachu Europy. Moją nagrodą była pogoda, która była cudowna.

Siedząc tak stwierdzamy, że nie chce nam się wracać, bo tu jest tak pięknie. Ale musieliśmy wrócić. Wykonujemy parę telefonów do najbliższych i zaczynamy wracać. Powrót pod względem kondycyjnym był dużo prostszy, szczelinę przeskoczyłem już jak sarenka, choroba wysokościowa jednak nie ustawała. 

Humor nam poprawiły tylko dupoloty z lodowca :)

W Gouterze śpimy z głowami na stole w jadalni. Szybka konserwa i jazda na dół. Zejście po stromych kamieniach na dół jest dużym wyzwaniem, bo mam już ostre zawroty głowy, ale z takim kompanem jak Bartek ciężko spaść. Gdyby nie on to wątpię, że dałbym radę.

Do Tete docieramy po zmroku wyglądając dosłownie jak zombie. Już powoli tracę orientację co się dzieje. Chłopaki z którymi rozdzieliliśmy na torach od razu biorą mnie w obroty. Ciepła kawa, ciepła szama, dużo czekolady. W moment czuję się, może nie jak nowo narodzony, ale na pewno dużo lepiej. Wracamy do namiotu, gdzie przeżyliśmy kolejną okropnie zimną noc. Temperatura spadła i było jeszcze zimniej niż jak spaliśmy pierwszej nocy w namiocie. Rano rozpoczynamy wędrówkę na dół. Aliszer czekał na nas już w samochodzie. 

Na dole, po zejściu poniżej wiecznej granicy śniegu różnice temperatur porównałbym do wejścia do sauny. Mimo, że humory dopisują to końcówka wędrówki jest już dla mnie prawie totalnym zombie walkiem.

W pewnym momencie idę już boso, bo tak bardzo mam dość swoich ciężkich butów.

Schodzę na dół ostani. Chłopaki witają mnie ciepłym kurczakiem i piwem :) Po chwili celebracji (śliwowica) wyruszamy po pamiątki do Chamonix.

Opuszczamy Chamonix. Tym razem widzimy wystający zza chmur masyw Mont Blanc.

Dumni wracamy do domu.

Podróż powrotna nie obywa się niestety bez przygód. W Polsce zastaje nas okropna mgła i przydzwaniamy w słupy drogowe urywając zderzak i niszcząc koło. Po kilku godzinach udaje nam się zapanować nad sytuacją, wymienić koło i jechać dalej do domu.

W domu - kierunek od razu prysznic, bo mimo iż górskie powietrze jest świeższe niż w Krakowie to jednak nie mycie się 5 dni pod rząd dało o sobie znać.

Cała wyprawa wyniosła mnie około 800 zł, z czego trochę ponad 500 zł za paliwo, winietki i inne opłaty drogowe w obie strony (czyli 2000 zł, bo była nas czwórka). Trzeba jednak zaznaczyć, że mocno oszczędzaliśmy na miejscu i np. zamiast kupować wodę mineralną po 5 euro topiliśmy śnieg i jedliśmy głównie kabanosy i konserwy (obiad kosztuje 30 euro w schronisku).

Patrzę na tą historię z perspektywy ponad roku czasu i chce żebyś potraktował i potraktowała tą historie na zasadzie "Podróż na Mont Blanc - Jak tego nie robić". Wyprawa ta była jedna ze wspanialszych przeżyć w moim życiu a uczucie gdy stanąłem na szczycie ciężko porównać mi do jakiegokolwiek innego uczucia, ale to w jaki sposób to zrobiłem zdecydowanie odradzam i wiem, że drugi raz bez przygotowania nie porwę się na taką podróż.

Jeśli Mont Blanc jest twoim marzeniem to pamiętaj o:

  • Porządny śpiwór, który wytrzyma temperaturę poniżej 20 stopni - ZAWSZE go miej przy sobie, 
  • Ubrania przeznaczone do tego typu wypraw: Kurtka z membraną, najlepiej Gore-tex, puchówka, spodnie trekkingowe, bielizna termiczna, skarpety najlepiej z wełny Merino, BUTY wysokogórskie  (moim zdaniem najważniejsze) (Polecam LaSportiva, Zamberlany, Meindl),
  • Kask,
  • Lina,
  • Uprząż,
  • Lonża,
  • Okulary lodowcowe (bez nich możesz nawet oślepnąć na Mont Blanc),
  • Sprzęt potrzebny do budowania stanowisk i wyciągania osoby ze szczeliny,
  • Namiot,
  • Raki,
  • Czekan,
  • Kuchenka turystyczna,
  • Mapa,
  • Stuptuty,
  • Rękawice z membraną Gore-tex,
  • Zapasowe pieniądze na awaryjny nocleg lub jedzenie w schronisku,
  • Porządne przeszkolenie z korzystania z powyższego sprzętu,
  • Monitorowanie pogody,
  • Dokładnie zapoznanie się z trasą i wskazówkami w internecie,
  • Diuramid (na receptę),
  • Aklimatyzacja,
  • Odpowiednia ilość wysokokalorycznego jedzenia,
  • Woda,
  • Termos,
  • Odpowiednie przygotowanie wspinaczkowe, kondycyjne, wydolnościowe i siłowe,
  • Zdrowy rozsądek.

 

 

Po obejrzeniu filmiku możesz odtworzyć utwór, by w pełni poczuć klimat przygody podczas oglądania zdjęć.